środa, 25 stycznia 2017

Ślub inny niż wszystkie - ceremonia humanistyczna

Od zawsze, kiedy myślałam o ślubie swoich marzeń, wiedziałam, że musi on spełnić kilka podstawowych warunków: być pełen emocji, wzruszeń i uśmiechu, niestandardowy i nieprzewidywalny, powinny się w nim znaleźć własnoręcznie napisane przemowy i przysięgi: moja dla mojego narzeczonego oraz jego dla mnie, powinni w nim uczestniczyć nasi przyjaciele, a w tle brzmieć nasza ukochana muzyka. Wszystko pięknie, prawda? Z tego rodzaju ślubami często można się zetknąć w filmach zagranicznych. Takie śluby są też dość popularne w Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii czy w krajach skandynawskich. Pytanie brzmi natomiast, jak coś takiego przygotować w naszych polskich realiach? No właśnie. Jak?

W Polsce standard ślubny jest następujący: albo sztywny ślub kościelny, albo równie sztywny ślub cywilny. Podczas takich ślubów rzadko, żeby nie powiedzieć niemal nigdy nie można sobie pozwolić na dozę fantazji. Efekt tak sztywnej ceremonii widać potem na zdjęciach ślubnych. Goście z minami niczym na pogrzebie, a myślami pewnie już na weselu, czyli wtedy, kiedy będzie można się wyluzować i w końcu zacząć bawić. :-) Nasi goście też na początku chyba przewidywali nudną i sztywną ceremonię, co widać po ich twarzach. Na szczęście ich oblicza zaczęły pogodnieć zaraz po rozpoczęciu uroczystości. ;-)

Na początku poważni...

Potem poweseleli :-)

I pozostali uśmiechnięci...

... do samego końca. :-)

Nie chcieliśmy, aby nasz ślub był smutny, nudny, bezosobowy oraz z utartymi formułkami. Wtedy właśnie wpadliśmy na pomysł przygotowania tzw. ceremonii humanistycznej. Rozumiem, że nie wszyscy są w stanie, albo też zechcą zaaranżować tego typu ceremonię zaślubin, gdyż po pierwsze chcą i potrzebują legalnie zawrzeć związek małżeński (a ceremonia humanistyczna w Polsce przynajmniej na chwilę obecną nie ma jeszcze statusu prawomocnego), a po drugie ze względu na swoje przekonania religijne lub tradycję, (bo mam nadzieję, że nie przez szantaż rodziny ;-) ) skłonią się do standardowej wersji ceremonii ślubnej. 

Natomiast jeśli rzeczywiście w grę wchodzi szantaż rodzinny, proponuję Wam rozwiązanie takie jakie wybraliśmy my, czyli ślub i wesele w 100% finansowane przez nas bez pomocy rodziny. Wtedy rodzina nie ma za bardzo jak się wtrącać w przygotowania ani zmieniać waszego ślubu i wesela wg swoich gustów. ;-) Wydaje mi się, że nawet warto trochę później wziąć ślub, lub zaprosić mniej gości (tylko tych, których naprawdę chcecie) i zapłacić za taki ślub samemu, niż mieć taki ślub, jakiego się nie chciało. 

Ale jeśli na przykład byście chcieli mieć ślub cywilny lub kościelny, ale bardziej spersonalizowany, dopytajcie się urzędnika z USC, czy też księdza w kościele, czy możecie wprowadzić do ceremonii kilka własnych elementów. Może się Wam uda i dzięki temu będziecie mogli jeszcze głębiej przeżyć to jakże ważne dla Was wydarzenie. :-)

Jeszcze innym rozwiązaniem jest ślub cywilny jedynie w towarzystwie świadków, a na przykład kilka dni później przygotowanie ceremonii humanistycznej oraz wesela już z gośćmi. Tak choćby postąpiła para naszych przyjaciół i nie żałują swojej decyzj. Jak mówią, o wiele ważniejsza była dla nich ceremonia humanistyczna z uczestnictwem przyjaciół i rodziny niż urzędowy ślub cywilny. 

Jak Wam już wcześniej pisałam, nasz ślub odbył się w dwóch turach. Najpierw był to bardzo skromny ślub cywilny w USC jedynie z garstką rodziny i przyjaciół, natomiast ponad pół roku później przygotowaliśmy drugie bardziej huczne wydarzenie, które składało się z ceremonii humanistycznej w ogrodzie, a potem z wesela. Czy było warto? Oczywiście! Wielu z zaproszonych gości powiedziało nam, że ceremonia była przepiękna, wielu z nich (włącznie z ekipą wideo) popłakało się ze wzruszenia, a niektórzy również ze śmiechu, gdyż do naszej osobiście przygotowanej ceremonii wprowadziliśmy sporo elementów komicznych (aby goście nie przysnęli oraz ponieważ z natury jesteśmy osobami radosnymi). ;-) 

Pokrótce postaram się Wam opisać, jak wyglądała nasza humanistyczna ceremonia zaślubin. Odbyła się ona w ogrodzie należącym do pałacyku, w którym mieliśmy wesele. Goście zasiedli na przygotowanych dla nich krzesłach. Podczas ceremonii ja z narzeczonym staliśmy cały czas zwróceni do siebie i bokiem do gości, a nie tyłem jak to jest przyjęte na ślubach cywilnych oraz kościelnych w Polsce. Chcieliśmy móc widzieć naszych gości i wraz z nimi przeżywać te jakże ważne dla nas chwile. Co więcej, ceremonię odprawił nasz wspólny przyjaciel, a kilku innych naszych przyjaciół przygotowało specjalnie na tę uroczystość kilka słów od siebie. Z przodu jako element dekoracji ustawiliśmy flagi naszych krajów: flagę Polski i hiszpańskiej Galicji, z której pochodzi mój mąż. :-)

Już wszystko gotowe do ceremonii humanistycznej :-)

Fragment stołu wraz z dekoracją

Obrączki

Bardzo ważnym elementem ceremonii była dla nas muzyka, którą dobraliśmy osobiście. Nasz wspaniały DJ konferansjer, który potem prowadził zabawę na weselu, był odpowiedzialny za oprawę akustyczną ceremonii w ogrodzie. I wyszło mu świetnie! Mój mąż jest fanem muzyki filmowej. Poniekąd dlatego wszystkie melodie podczas ceremonii pochodziły właśnie z filmów. Muzyka dodała całej uroczystości dozę magii. Podczas uroczystości zaślubin można było usłyszeć:








Uroczystość w ogrodzie spełniła jeszcze jedno moje marzenie. Przejście po czerwonym dywanie w towarzystwie druhen, czyli moich najlepszych przyjaciółek. Było trochę stresu, że upadniemy, bo trzeba było iść troszkę pod górkę, a obcasy wbijały się w ziemię, ale koniec końców wszystkim nam się udało beż żadnego upadku. :-)

Wyruszamy! Powaga i skupienie. ;-)

Radość

Oby tylko nie upaść ;-)

Ponieważ mój narzeczony jest obcokrajowcem, ślub był dwujęzyczny (po polsku i hiszpańsku). Każde z nas włącznie z mistrzem ceremonii miało swojego tłumacza na język polski (oczywiście byli to też nasi przyjaciele). :-)

Pan Młody i Ania

Ja i Basia

Mistrz ceremonii i Ania
Jak przygotowaliśmy treść ceremonii humanistycznej? Z pomocą przyszedł nam Internet oraz oczywiście nasza wyobraźnia. ;-) Jeśli chodzi o źródła internetowe, to jest ich znacznie więcej w języku angielskim niż polskim, więc bazowaliśmy przede wszystkim na nich, a następnie tłumaczyliśmy potrzebne nam fragmenty na polski i hiszpański.

Na początek wybraliśmy 2 cytaty na temat miłości: 

„Wszyscy jesteśmy trochę dziwni i życie jest trochę dziwne.
A kiedy odnajdujemy kogoś, kogo dziwactwo jest kompatybilne z naszym,
łączymy się z nim we wspólnym dziwactwie i nazywamy to miłością”.
Robert Fulghum

„Jak można wytłumaczyć prawami chemii i fizyki
tak ważny biologiczny fenomen, jakim jest pierwsza miłość?
Godzina spędzona z piękną dziewczyną na ławce w parku mija jak minuta,
podczas gdy minuta siedzenia na rozpalonym piecu wydaje się godziną”.
Albert Einstein

Nasze ślubne obietnice też zostały przez nas osobiście przygotowane, więc nie były takie jak wszystkie. A brzmiały następująco:
  • Między innymi ślubowaliśmy sobie wzajemną opiekę i wspieranie się oraz, że zawsze będziemy znajdywali szczęście w naszej drugiej połówce. 
  • Obiecaliśmy sobie również, że nadal będziemy dla siebie osobami numer jeden, że będziemy się razem śmiać, wspólnie podróżować i wspierać się w trudnych momentach.
  • Ponadto przysięgliśmy sobie, że będziemy się przytulać trudnych chwilach, żyć z sobą całe swoje życie oraz, że znajdziemy 1001 powodów, aby siebie kochać.
  • Również, że będziemy wspólnie gotować i jeść kolację tak często, jak będzie to możliwe i znajdywać czas na bycie razem nawet, jeśli będziemy mieli grafiki wypełnione po brzegi.
  • Przysięgliśmy sobie także, że będziemy wydobywać z siebie nawzajem wszystko co najlepsze, dzielić z sobą swoje najszczęśliwsze chwile oraz kochać siebie nad życie.
  • Dodatkowo otrzymałam jeszcze jedną bardzo ważną dla mnie obietnicę: że mój mąż będzie mnie chronił przed pająkami przez całe nasze wspólne życie ;-) Ja jemu natomiast obiecałam, że zawsze będę zostawać w domu, kiedy na zewnątrz będzie za gorąco i że nie będę się dopraszać, aby wyjść wtedy na spacer. Łatwo można się domyślić, że ja nie specjalnie przepadam za ośmionożnymi stworkami, a mój mąż za wysokimi temperaturami. ;-)

Podczas momentu składania obietnic nasz przyjaciel i mistrz ceremonii przeprowadził celtycki zwyczaj handfasting, czyli wiązania rąk (mój mąż pochodzi z celtyckiej części Hiszpanii - Galicia). Po każdej przysiędze, jaką sobie składaliśmy, owijano nasze dłonie kolejną wstążką.





Dość oryginalną była chyba też wymyślona przez nas treść, którą wypowiedzieliśmy zakładając sobie nawzajem obrączki na palec. Nawiązuje ona do uwielbianej przez nas trylogii Władca Pierścieni.

Jeden pierścień, by pokazać naszą miłość
Jeden pierścień, by nas związać
Jeden pierścień, by przypieczętować naszą miłość
I spleść nas na zawsze
W Polsce, ziemi, gdzie świętujemy nasz ślub.


Na sam koniec mistrz ceremonii pozdrowił nas z pewnym "startrekowskim" elementem (jak widzicie lubimy tematykę fantasy): 
"Ogłaszam Was partnerami życiowymi, mężem i żoną. 
Żyjcie długo i pomyślnie. 
Możecie się teraz pocałować".






Mam nadzieję, że nasza humanistyczna ceremonia zaślubin przypadła Wam do gustu. :-)

Z chęcią poznam Wasze opinie na ten temat. Możecie pisać w komentarzach albo mailowo na weselemi@gazeta.pl. :-)

poniedziałek, 2 stycznia 2017

Suknia ślubna - marzenia się spełniają :-)

Pomyślicie pewnie, że jestem trochę szalona. Przygotowania do swojego wesela rozpoczęłam bowiem... od znalezienia sukni ślubnej. Wcześniej nie chciałam nawet ustalić daty wesela. Było tak poniekąd, ponieważ byłam już po ślubie cywilnym, więc wesele teoretycznie mogło sobie poczekać.  ;-)

Uważam, że żadna panna młoda nie powinna kupować byle jakiej sukni ślubnej, żeby po prostu mieć w co się ubrać. Nawet jeśli budżet ślubny jest bardzo ograniczony, szukając zawsze znajdzie się coś, co naprawdę przypadnie pannie młodej do gustu. Lepiej nawet troszkę dłużej poszukać i znaleźć niż potem być niezadowoloną z tego, jak się w swojej sukni ślubnej wyglądało, ze zdjęć, z wideo oraz ogólnie mieć złe samopoczucie podczas całego ślubu. 

Opowiem Wam w tym wpisie pokrótce, jak to było z moim marzeniem dotyczącym sukni ślubnej i jak się owo marzenie spełniło mimo że nie miałam zbyt wiele nadziei, że się uda.

Od początku wiedziałam, że moja wymarzona suknia ślubna musi być w kształcie litery A. Uwielbiam taki krój sukienek i czuję się w nim najlepiej. Ponadto chciałam, aby moja suknia była wykonana za dobrej jakości materiałów (żeby nie wyglądała tandetnie, jak firanka, a tak niestety często wygląda dolna część sukien ślubnych sprzedawanych w Polsce :-/). Nie chciałam też, żeby moja sukienka miała dużo błyszczących się elementów, a najlepiej żeby w ogóle nic się w niej nie świeciło. Nie jestem sroką i nie przepadam za świecidełkami. ;-) Podobałaby mi się taka suknia, gdyby miała też trochę koronek, ale nie takich tradycyjnych, tylko bardziej oryginalnych, świeżych, bo wg mnie takie tradycyjne trochę postarzają. ;-) Chciałam też, żeby suknia była lekka, zwiewna, romantyczna, dziewczęca i oczywiście piękna. Spore wymagania, prawda?

Poszukiwania zaczęłam od przeglądałam wielu stron internetowych z sukniami ślubnymi, ale spora większość z nich wydawała mi się niestety nijaka, na jedno kopyto, przedobrzona, albo złej jakości. Dodatkowo nie za bardzo uśmiechała mi się wizja szycia tej sukni na mnie, a tak się przyjęło w Polsce. Wolałam już jakiś gotowy model. Po prostu go zamówić i mieć ten temat z głowy. Kiedy suknia jest na Ciebie szyta w salonie, zwykle otrzymujesz ją tuż przed swoim ślubem. A co jeśli by coś wyszło nie tak, jak planowałaś? Nie byłoby wtedy czasu na żadną przeróbkę. Świadomość, że nie byłabym w posiadaniu swojej sukni aż prawie do daty wesela wydawała mi się być zbyt stresująca.

No i wtedy ją zobaczyłam. Najpiękniejszą suknię ślubną, jaką widziałam w życiu, suknię, która spełniała wszystkie moje warunki, ba, nawet je przewyższała. Oglądałam właśnie swój ulubiony serial Chirurdzy i był to odcinek, w którym jedna z głównych bohaterek brała ślub (sezon 10, odcinek 13). Mowa o April Kepner i o cudownej sukience włoskiego projektanta Petera Langnera "Waking Up", którą miała na sobie. Kiedy zobaczyłam tę suknię, dosłownie zaparło mi dech w piersiach. Sukienka była bajeczna, idealna, cudowna! Dla tych z Was, którzy nie widzieli tego odcinka serialu, albo nie pamiętają, oto fragment, w którym widać tę suknię: https://www.youtube.com/watch?v=NuX1gdkrfY0 oraz kilka zdjęć Sarah Drew czyli serialowej April Kepner oraz kilku modelek prezentujących wspomniany model sukni autorstwa Petera Langnera. 







Zaraz po oglądnięciu wspomnianego odcinka weszłam na internet i zaczęłam szukać informacji o tym modelu sukienki. Szybko znalazłam dane o projektancie i modelu, ale poraziła mnie niestety (choć można się tego było spodziewać) cena sukni... 6,900 funtów brytyjskich lub 8,200 dolarów amerykańskich, czyli około 36,000 polskich złotych (!!!) - tyle co kosztuje naprawdę super mega wypasione polskie wesele z ogromną liczbą gości. Oczywiście taka kwota była niemożliwa do zapłacenia. Starałam się więc przestać myśleć o tej sukni i znaleźć jakąś inną, która przynajmniej w części byłaby do niej podobna. Szukałam na stronach polskich salonów ślubnych oraz na stronach z używanymi sukniami ślubnymi (takimi jak sprzedajsuknie.pl, szafa.pl, vinted.pl, olx.pl, sprzedajemy.pl, gumtree.pl oraz allegro.pl). Niestety żadna sukienka mnie tak nie zauroczyła, jak ta, którą zobaczyłam w serialu Chirurdzy, żadna nie dorastała jej nawet do pięt. 

Musiałam trochę odpocząć od poszukiwań, bo zaczęła mnie ta kwestia dołować. Po kilku tygodniach powróciłam do polowań na swoją wymarzoną suknię ślubną. Zmieniłam wtedy trochę strategię i skupiłam się na stronach zagranicznych. Odkryłam wiele stron z UK oraz z USA, na których sprzedawane są używane suknie ślubne. Mówię o takich stronach jak: www.stillwhite.co.uk, www.nearlynewlywed.comwww.preownedweddingdresses.com, www.oncewed.com. Owszem, znalazłam tam kilka używanych sukienek modelu, którego poszukiwałam, ale, mimo obniżki wyjściowej ceny, końcowa kwota, jaką trzeba było za taką suknię zapłacić (najniższa znaleziona to 3,000 dolarów amerykańskich) nadal była dla mnie za wysoka. 

Wtedy coś mnie natchnęło i weszłam na jeszcze jedną stronę: ebay.com (czyli takie międzynarodowe allegro). Po wpisaniu wymarzonego modelu sukni do okienka szukaj, pojawiła się cenowo o wiele przystępniejsza oferta zakupu sukienki Petera Langnera. Oferta była ze Stanów Zjednoczonych. Sukienka oczywiście już używana; dodatkowo z tyłu na trenie miała kilka małych dziurek oraz była troszkę zabrudzona. Sprawdziłam jej wymiary i okazało się, że były idealne, jak gdyby sukienka była szyta na mnie. :-) Ponieważ nie był to pierwszy raz, kiedy kupowałabym coś przez Ebay, nie stresowałam się tym zbytnio, ponieważ wiem, że kupujący na tej stronie jest bezpieczny, a wszystkie wpłaty dokonywane przez system PayPal (czyli takie międzynarodowe PayU) są rejestrowane. 

Wymieniłam oczywiście jeszcze kilka maili ze sprzedawcą, poprosiłam o dodatkowe zdjęcia, na których by było widać sukienkę w świetle dziennym oraz szczegóły tej sukienki, aby móc się upewnić, że nie jest to podróbka. Osoba sprzedająca suknię była bardzo miła i bez zwłoki odpowiadała na moje wszystkie maile. Byłam już praktycznie zdecydowana na ten zakup, ale pozostawała jeszcze jedna kwestia do rozwiązania, a mianowicie transport. Suknia znajdowała się bowiem na innym kontynencie. ;-) Ale wtedy kolejny zbieg okoliczności szybko podsunął mi chyba najlepsze rozwiązanie. W tym samym momencie, kiedy chciałam dokonać zakupu sukni, mój brat był właśnie w delegacji w Stanach Zjednoczonych. Sprzedawczyni zgodziła się wysłać suknię do hotelu, w którym się zatrzymywał. Dodatkowo, żeby było mu wygodniej przetransportować suknię samolotem, została ona zapakowana próżniowo, tak że zajmowała naprawdę niewiele miejsca w walizce. Tutaj rada dla wszystkich z Was, które postanowią dokonać zakupu w podobny sposób jak ja. Jeśli sprzedawca nie oferuje darmowej wysyłki za granicę, albo koszt takiej wysyłki jest bardzo wygórowany, pomyślcie, czy nie macie kogoś z rodziny lub przyjaciół, kto mieszka w tym samym kraju, co sprzedawca, żeby mógł Wam taniej wysłać suknię do Polski, albo po prostu przewieźć samolotem. :-)

Suknia przyleciała samolotem w walizce mojego brata bez najmniejszego problemu. Była już u mnie w mieszkaniu w Krakowie. Teraz trzeba było ją jeszcze przymierzyć, żeby się upewnić, że wszystko na pewno jest z nią w porządku oraz znaleźć jakąś dobrą krawcową, aby coś poradziła na dziurki oraz znaleźć miejsce, gdzie by można było profesjonalnie taką suknię wyczyścić i nie zniszczyć. Po przymierzeniu stwierdziłam, że suknia leży idealnie, jedynie można ciut poszerzyć ostatnią haftkę w gorsecie oraz wymyślić coś na podwinięcie trenu, żeby łatwiej mi było w niej tańczyć na weselu.

Znowu więc siadłam przed komputerem i zaczęłam poszukiwania (tym razem salonów krawieckich oraz pralni). Wcześniej co prawda popytałam się koleżanek, czy mogą mi jakieś miejsce polecić, aby wyprać suknię, ale jedyne co od nich otrzymałam, to wskazówki, gdzie nie iść, bo tam ich suknie zostały zniszczone (pralnia Foka oraz pralnia 5àSec). Trochę czasu zajęło mi znalezienie odpowiedniego miejsca, które dałoby mi gwarancję, że suknia nie ulegnie zniszczeniu. Bo powiedzmy sobie szczerze, że pal jeszcze licho, gdybym już była po ślubie, ale w moim przypadku, jeśli suknia uległaby uszkodzeniu, zostałabym bez sukienki na wesele. 

W końcu znalazłam odpowiednie miejsce: salon sukien ślubnych Catherine w Krakowie (http://www.suknieslubne.net.pl/). Właścicielem tego miejsca jest przesympatyczna i doświadczona krawcowa Pani Jola. Oprócz szycia sukien oraz przeróbek zajmuje się również ich czyszczeniem oraz prowadzi komis sukien ślubnych. Tak więc znalazłam miejsce idealne. Pani Jola umówiła się ze mną na konsultację. Stwierdziła, że jeszcze nigdy nie miała do czynienia dokładnie z takiego rodzaju organzą jedwabną (bo z tego materiału jest wykonany wierzch sukni) i nie chcąc mi jej zniszczyć, zaproponowała następujące rozwiązanie: wytnie mały pasek materiału z trenu sukni, aby pozbyć się dziurek, a na tym wyciętym skrawku przeprowadzi eksperymenty dotyczące odpowiedniej techniki czyszczenia sukni. Zgodziłam się na to rozwiązanie i niedługi czas potem miałam już naprawioną, wypraną i wyprasowaną suknię. Dodatkowo Pani Jola ciut poszerzyła moją suknię w gorsecie przeszywając górną haftkę oraz wszyła pętelkę na dole trenu, dzięki której mogłam podwinąć tren i tańczyć całą noc nie przejmując się, że ktoś mi na sukienkę nadepnie i ją porwie.

Czego jeszcze wobec tego potrzebowałam? Bukietu (znów był to bukiet od Pani Ani z Artico), biżuterii oraz butów. O tych wszystkich elementach napiszę więcej w jednym z kolejnych wpisów na blogu. Zaznaczę tylko jeszcze że brakujące dodatki zostały zakupione przez internet oczywiście po bardzo przystępnej cenie. ;-)

Na koniec jeszcze kilka słów o tej magicznej sukience. Fason sukni jest oczywiście o kroju litery A; tak jak chciałam, w sukience nie ma żadnego błyszczącego elementu; jest koronka, ale nie klasyczna tylko z niesamowicie dziewczęca i kwiatowa oraz sukienka ma tzw. illusion neckline, czyli dekolt pokryty koronką na cieniutkim tiulu, tworzący iluzoryczny efekt aplikacji przyklejonych na skórze. Jest to dość bezpieczna opcja dla osób, które, podobnie jak ja, obawiają się, że sukienka w pewnym momencie może się z nich po prostu ześlizgnąć ;-). 

Co jeszcze jest według mnie niezwykle istotne w tej sukni to to, że uszyta jest z ona najwyższej jakości materiałów: organzy jedwabnej i elementów kwiatowych z bawełny (wierzchnia warstwa) oraz tiulu (wewnętrzne warstwy). No i oczywiście to, że spódnica w tej sukni w niczym nie przypomina firanki, czego też bardzo nie chciałam. A ponieważ suknia jest perfekcyjnie wykonana, jest przez to praktycznie nie do zdarcia. Po całym dniu i nocy weselnej oraz po 2 sesjach ślubnych oraz po ponownym czyszczeniu i prasowaniu dalej wygląda jak nowa. :-)

A teraz czas na trochę zdjęć z wesela w mojej wyśnionej sukni ślubnej. Marzenia jednak się spełniają. Czasem jedynie trzeba się trochę nagimnastykować, by je osiągnąć. ;-)


















Proszę, napiszcie w komentarzach, czy podobała się Wam moja sukienka oraz czy była warta tyle zachodu. ;-)

I na koniec jeszcze króciutkie ogłoszenie. ;-) Po długich rozmyślaniach postanowiłam sprzedać tę suknię. :'-( Powód? Dość prozaiczny. Ślubu kolejnego mieć już raczej nie będę, a miejsca w szafie coraz mniej. :-) Chętne osoby proszę o bezpośredni kontakt drogą mailową na mój adres weselemi@gazeta.pl. Suknię można oczywiście przymierzyć w Krakowie. Gwarantuję, że w tej kreacji będziecie się czuły jak wyjęte z bajki, lub jakbyście grały w hollywoodzkiej superprodukcji filmowej. 

piątek, 30 grudnia 2016

Zdjęcia ślubne - najlepsza pamiątka po latach

Kolejnym i chyba ostatnim wśród tych przeze mnie wymienionych na blogu najważniejszych elementów każdego ślubu są bez wątpienia zdjęcia ślubne. Zdjęcia z tego dnia będą przecież pamiątką na całe życie: gdy miną lata i pamięć zacznie zawodzić lub po prostu, kiedy będziecie mieli ochotę powspominać tamte chwile. Otworzycie wtedy album ze zdjęciami ślubnymi i przywołacie wspomnienia z tamtego wyjątkowego dnia. 

Jak wybrać fotografa i nie dać się zwariować, być zadowolonym z rezultatów, a przy tym nie zbankrutować? Nie ukrywam. Na początku może się to wydawać trudne. Ale dla chcącego nic trudnego. :-)

W internecie roi się od fotografów ślubnych. Z jednej strony to dobrze, ponieważ jest większy wybór, ale z drugiej strony może przyprawić nowożeńców o zawrót głowy. Ponieważ zamiast wyboru wśród dajmy na to dziesięciu fotografów możecie wybierać nawet wśród setek... 

Jak najłatwiej i najtrafniej wybrać fotografa? Według mnie pierwszym logicznym krokiem wydaje się zapytać najpierw znajomych, czy mogą Wam kogoś polecić. Oglądnijcie następnie stronę internetową takiego fotografa (jeśli ją posiada), aby zobaczyć zdjęcia ślubne wykonane przez tę osobę, a na koniec oczywiście sprawdźcie też cenę takiej usługi fotograficznej, gdyż często kwoty za wykonanie zdjęć ślubnych są naprawdę bardzo wysokie i dobrze zawczasu wiedzieć, czy na jakiegoś fotografa nas stać czy nie. Aha i pamiętajcie, że nie zawsze cena idzie w parze z jakością. ;-)

Ponieważ nasz ślub był podzielony na 2 etapy (w październiku wzięliśmy skromny ślub cywilny w USC, a w lipcu kolejnego roku urządziliśmy bardziej wystawne już wesele dla większej liczby gości), nie chcieliśmy wydawać majątku na zdjęcia z pierwszej ceremonii w urzędzie. Popytaliśmy się wobec tego naszych znajomych, czy mają jakiś poleconych fotografów ślubnych. Niestety niewiele osób było nam w stanie pomóc. Zaczęliśmy więc szukać trochę po omacku w internecie. Niestety zawsze kiedy zdjęcia ślubne jakiegoś konkretnego fotografa przypadały nam do gustu, cena za nie już nie była taka fajna.

Kiedy byliśmy już na granicy rozpaczy, spadła nam jak gwiazdka z nieba sugestia kontaktu ze znajomą mojej kuzynki, która powoli rozkręcała wtedy swoją firmę fotograficzną. Oglądnęłam wcześniej wykonane przez nią zdjęcia. Bardzo mi się spodobały, więc postanowiłam skontaktować się z nią natychmiast. Marysia, bo tak nazwa się właścicielka Warsztatu Spojrzeń, okazała się być niesamowicie ciepłą osobą, która z anielską cierpliwością wysłucha każdego, aby dowiedzieć się, czego oczekuje po konkretnej sesji. Jest to bardzo ważne, bo mimo że fotograf ślubny może mieć wieloletnie doświadczenie, jednak jako ludzie różnimy się między sobą i możemy oczekiwać czegoś zupełnie innego po naszych własnych zdjęciach ślubnych. 

Czego nie chciałam w swoich zdjęciach ze ślubu? Na pewno nadmiernego używania photoshopa, a jest to niestety dość częsta praktyka wśród fotografów ślubnych. Nie chciałam również sztuczności, pozowania i przesłodzenia, a te elementy też są dość często spotykane w zdjęciach ze ślubu. Czego natomiast szukałam? Naturalności, pokazania prawdziwych emocji oraz elegancji.

Wszystko czego szukałam, a nawet więcej dała mi właśnie współpraca z Marysią, czyli Warsztatem Spojrzeń. Marysia jest mistrzynią uchwycania emocji, pokazywania bliskości pomiędzy ludźmi oraz naturalnego piękna każdego z nas. Może po części dzieje się tak, gdyż z zawodu jest psychologiem. ;-) Dodatkowo Marysia jest niesamowicie ciepłą, uczuciową oraz skromną osobą, a jest to według mnie również niesamowicie ważne. Jeśli bowiem nie czujecie się dobrze z Waszym ślubnym fotografem, na zdjęciach będzie to widoczne i nigdy nie zdołacie osiągnąć wymarzonego rezultatu.

Co więcej, zdecydowaliśmy się na współpracę z Marysią nie tylko, jak to wstępnie planowaliśmy, podczas naszego ślubu cywilnego, ale również podczas naszego wesela. Zdjęcia autorstwa Warsztatu Spojrzeń wzruszyły bowiem nie tylko nas, ale również naszą rodzinę i przyjaciół. Wszyscy są nimi zachwyceni i z niedowierzaniem pytają się, gdzie znaleźliśmy tak świetnego fotografa. Dlaczego z niedowierzaniem? Wydaje mi się, że dlatego, że zdjęcia Marysi są inne niż większość "wyphotoshopowanych" i wystylizowanych zdjęć ślubnych do jakich poniekąd przywykliśmy, ale jakie niekoniecznie nam się podobają. Pamiętajcie. Nie wszystkie zdjęcia ślubne muszą być takie same. Mogą być naturalne, pokazywać nasze prawdziwe emocje.  Zdjęcia ślubne powinny pozwolić każdemu z nas zatrzymać się na moment, by pomyśleć, jakie to cudowne, że mamy dookoła siebie swoich najbliższych. I takie właśnie są zdjęcia Warsztatu Spojrzeń. :-)

Poniżej pokażę Wam jeszcze kilka zdjęć ze swojego ślubu cywilnego oraz z późniejszej sesji ślubnej oraz podam Wam linki do Facebooka, Blogspota oraz Instagrama, przez które możecie skontaktować się z Warsztatem Spojrzeń. Serdecznie Wam polecam współpracę z Marysią. Jeśli zdecydujecie się na współpracę z nią, jestem jestem pewna, że nie będziecie zawiedzeni. :-)













Zdjęcia pochodzą z sesji udostępnionej pod poniższym linkiem: http://warsztatspojrzen.blogspot.com/2016/02/slub-eli-i-diega.html